Hotel Arłamów, Bieszczady – czego tu nie ma?
  • 6 stycznia 2017 21:25
  • 8

Nasza ocena 10/10

Hotel Arlamów już od dawna był obiektem naszych wyjazdowych planów z uwagi na przeróżne zachwyty naszych znajomych. Wreszcie nadarzyła się okazja i w środku siarczystych mrozów i głębokich śniegów zameldowaliśmy się na miejscu. Rychło okazało się, że zazwyczaj retoryczne pytanie: „czego tu nie ma?” nabiera swoistego znaczenia. Ale po kolei.

Dostaliśmy pokój spory, o wystroju surowej elegancji, z widokiem na podgrzewaną, sztuczną rzekę, stok narciarski i kawał lasu, gdzie stacjonowało stado jeleni. Jeżeli chodzi o wystrój to cały hotel urządzony jest w stylu takiej właśnie surowej elegancji, czyli ładnie i mocno klasycznie, bez dizajnerskich fajerwerków.

Więcej folgowania sobie mieli do dyspozycji architekci, co objawiło się szczególnie w monumentalnym patio nakrytym szklanym dachem.

Oczywiście pierwsze kroki po zameldowaniu skierowaliśmy do strefy spa/wellness. Okazała się ona sporym gmachem ze sporym basenem z pryskającymi, bulgoczącymi i tryskającymi różnościami, kilkoma jacuzzi, brodzikami dla dzieci oraz saunami (w wersji podstawowej, czyli dwie suche i parowa). Hitem jest jednak jacuzzi na świeżym powietrzu, a przede wszystkim podgrzewana „rzeka”, która przy siarczystym mrozie potrafi dostarczyć niezapomnianych przeżyć. Przy czym warto dodać, że woda w całym kompleksie jest odpowiednio, przyjemnie ciepła.

Zajrzeliśmy także do pokoju zabaw, choć w przypadku Hotelu Arłamów należałoby to miejsce nazwać halą zabaw. Jest to bowiem wielka sala z przeróżnymi zabawkami, grami, „kulkami” i samochodzikami dla większych i mniejszych maluchów, nad którymi opiekę sprawują sympatyczne panie-nianie. Można spokojnie zostawić przychówek pod opieką i rzucić się w wir odkrywania atrakcji Arłamowa.

Kolejnym, żelaznym punktem programu była restauracja, których w hotelu działa kilka. My trafiliśmy do Restauracji Carpathia w wyżej wspomnianym patio. Na naszą obiadokolację zamówiliśmy: klarowany żurek, krem z białych warzyw, tagiatelle z borowikami i kacze udko. Kwitując naszą tam wizytę jednym słowem należałoby napisać „pysznie”. Krem w zacnej porcji, skropiony truflową oliwą, sycący i rozgrzewający. Żurek zupełnie inny niż w lubelskiej części Polski – kwaśny (niemalże jak nasz kapuśniak), klarowny, z leśnymi grzybami, dobrym mięskiem… pyszności! Potem wjechała porządna micha wspaniałego makaronu oraz kacze udo na słodko, oprószona kruszonką, w towarzystwie znakomitego sosu piernikowego. Rano powitało nas wyjątkowo obfite i smaczne śniadanie.

A dalej, to już tylko pozostało odpowiadać sobie na wyżej postawione pytanie, bo łatwiej odpowiedzieć na to czego tam NIE MA, niż co tam JEST. Konie i hipodrom, korty, hala sportowa, boisko, strzelnica, ścianka wspinaczkowa, stok narciarski, koncerty, jelenie za oknem, cuda i wianki. Trochę jak samowystarczalne miasteczko. Również pod względem gabarytów, bo obiekt jest wielki.

Wprawdzie nie lubimy hotelowych molochów, ale dla Hotelu Arłamów zrobimy wyjątek. Jest to naprawdę świetne miejsce, gdzie atrakcji przeróżnych wystarczy spokojnie na kilkudniowy pobyt. Próbowaliśmy nawet znaleźć coś, żeby się „czepić”, ale jakoś tym razem nam nie wyszło… Z pewnością wrócimy tu latem, zobaczyć jak prezentuje się ta perła Bieszczadów w pełnym słońcu i zieloności, ale już teraz możemy powiedzieć, że to będzie jeden z naszych ulubionych hoteli.

Enjoy!

*Hotel przyjazny dzieciom

*Hotel przyjazny zwierzętom

Komentarze: 8


8 comments on Hotel Arłamów, Bieszczady – czego tu nie ma?

  1. W Bieszczadach nie byłam od czasów podstawówki, czyli dobrych 17lat;/ Muszę w końcu powrócić w tamte rejony:)

    • Udał się 🙂 A Bieszczady to najwspanialsze polskie góry. Koniecznie choć raz trzeba zobaczyć. My oglądamy dwa razy w roku 🙂