Hotel Słoneczny Zdrój, Busko-Zdrój – cztery gwiazdki? Poważnie?
  • 13 listopada 2016 11:39
  • 0

Nasza ocena 3/10

Hotel Słoneczny Zdrój to piękne zdjęcia na booking.com i ciekawa architektura. Niestety, im dalej w las tym więcej… chaszczy (pamiętajmy, że mamy do czynienia z obiektem czterogwiazdkowym).

Nasz pierwszy niepokój po przybyciu na miejsce wzbudziła lokalizacja obiektu, bezpośrednio przy ruchliwej dosyć ulicy. Oczywiście na zdjęciach z booking.com tego nie widać, bo są robione wyłącznie od zaplecza, które, trzeba przyznać, jest całkiem ładne. Po chwili wydarzyło się to, co zawsze wzbudza naszą mocną irytację – kłopoty z miejscami parkingowymi.

Gdy już udało się nam dotrzeć do pokoju, postanowiliśmy sprawdzić rezerwację, czy przypadkiem nie dostaliśmy jedynki. Nie, wszystko się zgadzało, to tylko podwójne łóżko miało wymiary daleko odbiegające od czterogwiazdkowych standardów. Poza tym pokój czysty, klasyczny, z fajną łazienką z wanną, z przyzwoitymi łazienkowymi kosmetykami. Łazienka była zdecydowanie najlepszą częścią pokoju. Noc z niemowlęciem spędziliśmy jednak w pozycji „na baczność”. Przy czym na recepcji prawdopodobnie pracują wróżbici, którzy wyszli z założenia, że śpimy z Małą w jednym łóżku, więc nie zapytano nas nawet, czy może przyda się łóżeczko turystyczne. Po dalszych przygodach nawet nie mieliśmy ochoty zwracać się do recepcji o cokolwiek, a owe przygody wyglądały tak:

Pomaszerowaliśmy do strefy wellness. Basen spory, woda przyjemna o temperaturze „w sam raz”, do tego przybasenowe jacuzzi oraz wygodne w miarę leżaki. Poza tym, tak sobie. Wystrój basenu szkolnego oraz dwie sauny (nie znaleźliśmy więcej) wywołały u nas uczucie lekkiego zażenowania i zabraliśmy się z tej strefy po półgodzinnym pobycie.

A potem kolacja… Cała nasza czwórka ostrzyła sobie zęby (nie piątka, bo Mała jeszcze nie ma zębów) na dobre jedzenie, gdy zobaczyliśmy naklejkę Gault&Millau. Zasiedliśmy więc w hotelowej Restauracji Ponidzie i czekamy. Ponurym zwiastunem zbliżającego się nieszczęścia była niedobra kawa zaserwowana naszemu przyjacielowi. Nasze humory poprawiły się jednak zdecydowanie przy pięknie podanych i smacznych amuse bouche, a potem fantastycznych, przepysznych tatarach i smacznym kremie burakowym. A potem z wyżyn nieba strącono nas w piekielne otchłanie. Po dwóch (!) godzinach czekania otrzymaliśmy doradę o smaku trocin z cytryną, położoną na kleiku ryżowym (coś o smaku tego, co jada Mała), niejadalną i zimną górkę cielęcą oraz przesoloną kaczkę. Wszystkie dania wyfrunęły z powrotem do kuchni, a do nas przyfrunął rachunek za te „specjały”. Słony jak podana kaczka. Wyszliśmy wściekli i głodni oraz zrobieni w konia. Potem za całą sytuację przeprosił Szef Kuchni, ale cóż nam z tego, prócz docenienia profesjonalnej reakcji. Niestety, reakcji spóźnionej, bo taka powinna nastąpić przy rachunku. Na śniadanie jakoś nie chciało nam się schodzić mając w pamięci wyczyny kuchni poprzedniego dnia, ale postanowiliśmy dać jeszcze szansę temu miejscu. Wyruszyliśmy więc, choć nie w komplecie, bo nie wszyscy mieli ochotę dawać drugą szansę. Szczęśliwie śniadanie było dobre i różnorodne.

No i jeszcze nędznie działające wi-fi, z ulubioną przez nas opcją logowania na stronie do kompletu…

Cóż, Hotel Słoneczny Zdrój wpisuje się płynnie na listę naszych tegorocznych rozczarowań. Zdecydowanie hotel nie trzyma podstawowych standardów. Nie wrócimy, nie polecamy.

Komentarze: 0