Perehod – Magia przejścia, Pieszowola – magiczny bezczas…
  • 26 listopada 2017 21:08
  • 0

Bardzo rzadko się to nam zdarza, niestety, ale jak już się zdarzy, to czujemy się jak Howard Carter przed grobowcem Tutanchamona. Nic nas tak bowiem nie cieszy w naszych poszukiwaniach bardziej, niż odnalezienie miejsca idealnego i odnalezienie cząstki magii, która w takich miejscach pulsuje. Taka przygoda przytrafiła się właśnie męskiej części Enjoye w miejscu zwanym Perehod – Magia przejścia w Pieszowoli, na skraju Poleskiego Parku Narodowego. 

Szukałem takiego miejsca, zaszytego w dziczy i zanurzonego w ciszy, aby uciec od niebezpiecznie zbliżającego się karoshi. W przepastnych czeluściach internetu trafiłem na równie tajemnicze, co obiecujące ogłoszenie pobytu w zabytkowym spichlerzu, jedynej pozostałości po dawnym założeniu dworsko-parkowym rodziny Krassowskich.

Dotarłem na posesję już po zmroku. Powitał mnie pies i powiódł przez noc do wejścia. Otworzyła mi moja serdeczna znajoma, Ela, którą… zobaczyłem wtedy pierwszy raz w życiu. I tak właśnie czułem się przez cały pobyt w miejscu zwanym Perehod – Magia przejścia – jakbym przyjechał do dobrej, serdecznej koleżanki.

Od razu zostałem posadzony za stołem, a na talerzu wylądowały pieczone bataty, dynia, kalafior, cebula, sałatka z fasoli i buraków, potem pyszna zupa, a na deser cymes. I tak już było przez cały pobyt. Ela czarowała podniebienia moje i jeszcze trojga chwilowych uciekinierów z Warszawy, świeżymi produktami i przeróżnymi smakami. Hitem były truskawki z anyżem, serwowane z plackiem jaglanym lub gryczanym, poza tym wspaniała zupa dyniowa z żółtym serem, włoskie szaszłyczki na grzance, chutney z cieciorką i piri piri, ciasto makowe, pieczeń wieprzowa. Domowo z jednej i kosmopolitycznie z drugiej strony.

Cały kolejny dzień eksplorowałem bliższe i nieco dalsze sąsiedztwo Perehod – Magia przejścia. Najpierw pozostałości parku dworskiego z majestatycznymi, kilkusetletnimi drzewami. Dalej, położone na terenie Poleskiego Parku Narodowego stare stawy i bagna. Bardzo wstępny był to rekonesans w trakcie kilkukilometrowej przebieżki. Przywlokłem z niej jedną myśl, która nie odczepi się ode mnie przez najbliższy czas – muszę tu wrócić w lecie i zabrać ze sobą moją żonę i córkę. W lecie musi być tam całkowicie obłędnie, skoro jesienna, smętna w zasadzie przyroda i tak zrobiła na mnie wrażenie.

Pokoje w spichlerzu są urządzone w stylu wiejskiego domku, ze starymi meblami. Całkiem spore, ale dostępne są tam tylko trzy pokoje. Zmieści się w pokoju do czterech osób. W sezonie trzeba się mocno spieszyć z rezerwacją. Dwie łazienki urządzone są poza pokojami, proste, ale czyściutkie, ze stosem świeżych ręczników. Wygody w wersji podstawowej, ale nie dla wygód należy tam pojechać.

W spichlerzu Perehod – Magia przejścia najważniejsza jest Ela. Swoją serdecznością i troską o każdą potrzebę Jej gości sprawia, że przyjazd tam przemienia się w pobyt poza czasem. Siadaliśmy przy stole na dwugodzinnym śniadaniu lub obiedzie i gwarzymy o wszystkim – historii rodzinnego majątku gospodyni, o Polesiu, turystyce, lotach z lubelskiego lotniska, podróżach, kulturze, sztuce… Dookoła snuł się Bourbon, czyli piękny pies właścicieli, a progu pilnował Kita, ten który przeprowadził mnie przez noc. Czas się zakrzywia, rzeczywistość mija Perehod szerokim łukiem, pod drzewkiem czuwa Budda, a pod okna podchodzi dzika przyroda.

Naładowałem akumulatory, oddaliłem karoshi w daleki niebyt, wyjechałem i już zatęskniłem za tym miejscem. Pokażę je wkrótce moim ukochanym kobietom, a Wy pokażcie je sobie i swoim najbliższym.

Enjoy!

Komentarze: 0