Indian Palace, Lublin – po bollywoodzku…
  • 16 kwietnia 2017 22:58
  • 0

Restauracja Indian Palace na ul. Kościuszki w Lublinie to lokal swoisty. Szczerze pisząc unikaliśmy tego miejsca jak ognia, co w pewnej mierze wiązało się także z nieszczęsnym dość szyldem przywodzącym na myśl kebabiane koszmarki. Przyznać jednak musimy, że docierały do nas pozytywne głosy na temat serwowanego tam jedzenia.

Pierwszą próbę postanowiliśmy wykonać w bezpiecznych pieleszach domowych zamawiając na dowóz. Dowóz wykonaliśmy we własnym zakresie, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby nam ów dowóz zrealizować w przyzwoitym czasie. Zamówienie również nie było łatwe, bo nie po polsku. O ile odbywałoby się po angielsku, to problemu by nie było, ale odbywało się w „hinduskoangielskim”, co stwarzało jednak pewną barierę. Zamówiliśmy chicken shaikorma – kawałki kurczaka gotowane w kremowym sosie z orzechów nerkowca i prawns masala, czyli krewetki w sosie pomidorowo-cebulowym z dodatkiem imbiru. Do tego wszystkiego ryż basmati. Przyznać musimy, że te propozycje były całkiem dobre. Wyrazisty, słodki smak aksamitnego sosu z orzechów nerkowca, podobnie z sosem pomidorowo-cebulowym. Minusem była zdecydowanie ilość kurczaka i krewetek, a szczególnie dużym minusem słona, jak na ową ilość jedzenia, cena.

Smak był jednak na tyle intrygujący, że postanowiliśmy dokładniej zbadać to miejsce. Wybraliśmy się tam tym razem w męskim gronie. Już na wejściu w nozdrza uderzył nas intensywny, ale przyjemny, korzenny zapach z kuchni. O ile jednak w kuchni ten zapach z pewnością jest na miejscu, to pomimo miłych dla nosa doznań, mniej miło wynosić te zapachy z restauracji na ubraniu. Doradzamy jednak porządniejszy wyciąg i szczelniejsze drzwi.

Wnętrze z kolei robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż „zachęcające” do wejścia szyldy. Prosta biel i nienachalne, hinduskie akcenty na ścianach, pod ścianami orientalne poduchy, na krzesłach białe narzuty. Przydałoby się na stolikach położyć kawałek obrusu oraz uporządkować tandetny bar, żeby stojący na nim smętnie Ganesha miał stosowniejsze towarzystwo i byłoby całkiem przyjemnie.  W tle plumkała hinduska pieśń, którą uprzejmie poprosiliśmy zmienić, gdy po pół godzinie nadal nie doczekaliśmy jej końca. Wówczas zaczęło się bollywoodzko – na monitorze ukazały się przebogate w swej oprawie hinduskie hity muzyczne, a w zakresie jedzeniowym – wszystkiego duuużo.

Menu w restauracji to właśnie duuuży kłopot. Ilość pozycji do wyboru, wraz z deserami zamyka się w 115 (tak, w stu piętnastu!) pozycjach. Zwariować można, ale przy pomocy miłej, kontaktowej, ale czemuś smutnawej Pani w końcu zamówiliśmy przystawkę – Indian Palace Pakora Plater. Jest to 15 kawałków panierowanych krewetek, sera, ryby w towarzystwie green chili i brown chutney oraz warzyw. Nad warzywami spuśćmy miłosierną zasłonę milczenia, ale same kawałki różności z sosami były bardzo dobre. Następnie lamb makhani, czyli baranina w pomidorowym, kremowym sosie z orzechów nerkowca i chicken shaikorma, czyli kurczak w takim samym sosie. Obie potrawy smaczne, podane z sypkim ryżem, ale w obu jakiś feler był – kurczak, jak stwierdził mój towarzysz, za mało ostry, zaś moja baranina była miejscami za twarda. I znów, trochę za duże ceny, jak na ilość, która wylądowała na talerzu.

Jak widać minusów sporo, ale Indian Palace, mimo wszystko, broni się. Broni się wyrazistym smakiem, orientalnymi zapachami, kuchnią, którą od czasu do czasu warto jednak popróbować, ale chyba raczej na wynos. Warto jednak popracować nad tym miejscem. Warto poprawić liczne mankamenty, bo aż się prosi, aby w tym miejscu działała dobra hinduska restauracja, do której miło będzie przychodzić.

Komentarze: 0