Pstrągowo, Żółtańce Kolonia pod Chełmem – do czego te pielgrzymki?
  • 19 lipca 2017 20:13
  • 0

Pstrągowo w Żółtańcach Kolonii nieopodal Chełma, już dawno widniało na naszej liście „do odwiedzenia”. Warunki atmosferyczne i czasowe w końcu pozwoliły nam dotrzeć do rzekomego raju dla rybożerców i słoneczną niedzielę postanowiliśmy spędzić w „krainie pstrąga”.

Od wejścia, można było zauważyć, że przewijają się przez to miejsce tłumy. Zamówienia składa się przy barze, który nie jest widoczny od strony od której się wchodzi. Kiepska sytuacja, bo nikt o tym nie informuje, tabliczki z informacją brak, a obsługa chodzi jak zahipnotyzowana od stolika do stolika sprzątając taśmowo sterty naczyń. Na szczęście, przy zamówieniu dostaje się rybkę z numerkiem, więc widząc takie cudo na innym stoliku w miarę sprawnie można się zorientować, że aby złożyć zamówienie to trzeba się ruszyć. I żeby nie było! Nie mamy nic przeciwko samoobsłudze, szczególnie przy takim obłożeniu, ale niech to będzie przynajmniej wszem i wobec wiadome.

Zamówienie złożyliśmy i rozpoczęło się czekanie. Na szczęście okoliczności przyrody są w tym miejscu tak cudowne, że rekompensują czas oczekiwania na dania, który podczas naszej wizyty był przesadnie długi. W środku lokal jest niewielki, za to przestrzeń na powietrzu dość rozległa. Siedzieliśmy na tarasie w lekkim słońcu, ale urzekła nas alejka ze stolikami, która skąpana jest w winoroślach. Bardzo klimatyczny i romantyczny zakątek. Naprawdę coś pięknego. Oprócz tego są duże namioty ogrodowe w których również są miejsca dla gości. Miejsce jest przyjazne dzieciom, przestrzeń, duży plac zabaw, stawy z rybkami. To wszystko sprawia, że najmłodsi biegają tam z uśmiechem na twarzy.

Wszystko pięknie i sielsko, ale przejdźmy do meritum sprawy – jedzenia. Zamówiliśmy: chłodnik, zupę rybną, pstrąga pieczonego w sosie musztardowym z placuszkami ziemniaczanymi oraz pstrąga smażonego z sosem kurkowym i również placuszkami ziemniaczanymi. Czas oczekiwania, jak już wspomnieliśmy, był długi, ale zaskakujące było to, że zupa rybna dla męskiej części Enjoye przyszła pierwsza, a chłodnik? Dołączył po 10 minutach… od zjedzenia rybnej. Osobiście nie znoszę tego. Jedzenie w różnych odstępach czasu z osobą, która nam towarzyszy to jedna z tych rzeczy, która wyprowadza nas z równowagi.

Rybna – podana była w „zalotnym” garnuszku, pływało w niej parę kawałków ryby, parę kawałków marchewki i niestety tyle. Aromat ryb średnio był wyczuwalny, przydałoby się więcej warzyw i aromatu, żeby wieczko, którym przykryta jest zupa miało sens. 😉 Znacie to na pewno z filmów! Podnoszą przykrywkę, a tam aromat dania ogłusza Wasze wszystkie zmysły i zaprasza do jedzenia. Chłodnik? No właśnie… gdzieś się chyba zgubił. Dotarł, ale w niczym nie przypominał dobrego, tradycyjnego chłodnika. Zupełnie rozwodniony, w zasadzie smakował jak kwaśna woda. Nawet męska część Enjoye nie chciała poratować mnie w dokończeniu. „Zupy nas zawiodły, ale przecież nie na zupy tu przyjechaliśmy” – tak właśnie staraliśmy się pocieszyć.

Po godzinie, może trochę lepiej, dotarły do nas upragnione rybki. Same pstrągi prezentowały się bardzo ładnie. Pstrąg w sosie musztardowym – był dobry, wilgotny z lekko chrupiącą skórką, drugi pstrąg, niestety, lekko przeciągnięty i co gorsza, mięso w niektórych fragmentach w smaku trąciło jakby „mułem”. Czymś, co zdecydowanie, nie pozwoliło mi dokończyć rybki. Sos kurkowy podany do ryby, miał ten sam problem co zupy – był rozwodniony i mało aromatyczny. Placuszki ziemniaczane – bardziej przypominają gotowce podawane w McDonaldzie niż tradycyjne chrupiące placki ziemniaczane. Aż się prosi zainwestować w tarkę…

Byliśmy pierwszy raz, może nie ostatni, bo chcemy się przekonać czy tak jest zawsze, czy może to efekt niedzielnego oblężenia. Jedno jest pewne, jeżeli tak jest codziennie, to my naprawdę nie rozumiemy tych pielgrzymek. Z pewnością miłość do ryb na Lubelszczyźnie jest wielka, ale miejmy nadzieję, że nie ślepa.

 

Komentarze: 0