Restauracja Bury Miś, Bukowina Tatrzańska – bura za gulasz!
  • 21 czerwca 2017 21:47
  • 0

Będąc na Podhalu na krótkim urlopie trafiliśmy, z polecenia, do restauracji Bury Miś w Bukowinie Tatrzańskiej. Wystrój i pomysł na lokal bez wątpienia rewelacyjny. Dużo rękodzieła, oryginalnych detali, świetny ogródek z wieloma fikuśnymi zakamarkami, kuszącymi nie tylko dzieci.  Ktoś w urządzenie tego miejsca włożył dużo serca, pracy i zapału.

Niestety, nie można powiedzieć tego o jedzeniu. Na pewno dobre słowo należy się zupom. Zamówiliśmy na początek kwaśnicę oraz żurek i były one zapowiedzią naprawdę dobrego obiadu. Domowy smak i odpowiednia ilość. Zero wyczuwalnych sztucznych ulepszaczy. Pieczywo do zupy – niestety zwykły, krojony, produkowany taśmowo chleb, który powinien być już wycofany z obiegu. Żurek wręcz przepyszny.

Na swoje nieszczęście na drugie dania wybraliśmy udziec barani z opiekanymi ziemniakami i gulasz wieprzowy z kopytkami. Tutaj, niestety, po sielance nastąpił dramat. Z przykrością stwierdzamy, że to był najgorszy gulasz z jakim przyszło nam się zmierzyć. Kawałki wieprzowego mięsa, były co prawda miękkie, ale zanurzone w okrutnym kwaśnym, pomidorowym sosie. Smak sosu przypominał te straszne sosy na stołówkach szkolnych, które po zmieszaniu z rozgotowanymi kluchami określane były szumną nazwą „spaghetti”.

Kopytka to również ponury żart – rozgotowane, bez grama soli, blado spoczywały opok pomidorowego koszmarku. Spróbowałam i odstawiłam. Byłam pewna, że męska część Enjoye, jak to zazwyczaj bywa z kronikarskiego obowiązku zje za mnie, ale uwaga! – spróbował i zamarł… Uwierzcie, męska część Enjoye jest w stanie zjeść wiele, w tym średnich rzeczy, po prostu taki imperatyw lub kronikarski obowiązek, a tu zonk! O czym to świadczy? O tym, że gulasz był tak zły, że kronikarz zwątpił, a imperatyw poddał. Tak zły, że zbierałam się tydzień do tej recenzji, żeby zapomnieć smak tej potworności. A naprawdę marzyłam o takim pysznym gulaszu z drobnymi, jędrnymi kopytkami, podobnym do tego, który miałam okazję jeść w Starym Siole w Wetlinie. No cóż…

Drugie danie – udziec barani, jak dla mnie było o oczko wyżej od gulaszu. Wyglądał jak wczorajszy, odgrzany plus skąpane w tłuszczu ziemniaczki. Danie idealne dla zwolenników przejazdów powozami konnymi nad Morskie Oko. Suche, wiórowate mięso nie było na pewno tym, czego się spodziewaliśmy. Zostało zjedzone, tylko z głodu. Nic nie psuje mi tak humoru, jak złe jedzenie.

W restauracji Bury Miś jest to coś zaskakującego – ogromna dysproporcja, wręcz przepaść, pomiędzy zupami, a drugimi daniami nasuwa podejrzenie, że jednak ktoś chyba na tej kuchni musi umieć gotować. My jednak już na pewno tego nie sprawdzimy. Nikt mnie tam nie zaciągnie. Obsługa w restauracji Bury Miś, jest sprawna, ale w zasadzie tylko tyle można o niej powiedzieć, bo krótko tam zagościliśmy. Pan Kelner, który nas obsługiwał zabierając cały gulasz przyjął moje słowa o niezjadliwości tego dania – milcząco. No cóż, zazwyczaj spotykamy się z odpowiedzią „przykro nam, zapraszamy ponownie”, a bardziej bezczelni, upadający po miesiącu – ” tak miało być”. Tutaj była cisza, więc może Pan z obsługi zdawał sobie z tego sprawę. Zjedliśmy, a częściowo nie zjedliśmy wyszliśmy i zapomnieliśmy. Męska część Enjoye przypomniała sobie o tej wizycie parę godzin później, szukając zapomnienia w Stoperanie… Nie wracamy, nie polecamy!

Bez Enjoy…

Komentarze: 0