Hadrian’s Wall Path, Anglia – wzdłuż Wału Hadriana.
  • 4 czerwca 2017 20:37
  • 18

„Już nigdy więcej” powiedziałem sobie po 110 kilometrach trekkingu Fjallraven Classic http://enjoye.pl/tours/369/ w Górach Skandynawskich. Niestety, albo stety, nigdy nie należy mówić nigdy. Po pięciu latach od tej wędrówki dałem się namówić na kolejną eskapadę. Tym razem na 140 kilometrowy marsz wzdłuż Wału, czy też Muru Hadriana.

Mur zbudowany około 1800 lat temu na rozkaz rzymskiego cesarza Hadriana rozciągał się od dzisiejszych zatoki Solway do Newcastle. Budowla miała za zadanie zabezpieczać rzymskie władztwo w Brytanii przed najazdami plemion szkockich i piktyjskich. Obecnie znajduje się w granicach Anglii, niedaleko granicy ze Szkocją.

Wyruszyliśmy we czterech – samochodem z Lublina do Modlina, samolotem do Newcastle, pociągiem do Carlisle (16 funtów) i w końcu taksówką (30 funtów) do Bowness-on-Solway, gdzie w samo południe zapakowaliśmy na siebie nasze plecaki, po 15 kg każdy, i zaczęliśmy trekking.

Pierwszy dzień to właściwie mało interesujący marsz po szlaku prowadzącym przez wiejskie ścieżki, wśród baranków, krówek i sielskich obrazków. W Burgh By Sands rzuciliśmy okiem na pomnik pogromcy Szkotów na czele z Williamem Wallacem, króla Edwarda I Długonogiego. W końcu po przebyciu 18 km trafiliśmy na bardzo przyzwoity kemping o nazwie „Wigwam” położony w Monkhill, 8 km od Carlisle (koszt 5 funtów). Muru tego dnia nie widzieliśmy, a jedynie pozostałości świadczące o jego dawnej tam bytności w postaci rowów i wałów ziemnych. Niestety, przez wieki Mur był znakomitym źródłem budulca od wiejskich chatek poczynając, na zamkach kończąc, stąd o jego prawdziwych rozmiarach możemy dowiedzieć się jedynie z muzealnych instalacji.

Kolejny dzień przyniósł następne 21 km oraz nieco więcej atrakcji. Przeszliśmy przez Carlisle, gdzie rzuciliśmy okiem na średnio interesujący zamek, a potem, opuściwszy miasto, znów trefiliśmy na angielską wieś, gdzie w końcu znaleźliśmy kolejny przyzwoity kemping (5 funtów).

Trzeciego dnia wreszcie natrafiliśmy na Mur Hadriana. Teren stawał się coraz bardziej ciekawy, pofałdowany, zapowiadający zbliżające się góry. Oczywiście zawartość krajobrazów wciąż była podobna. Owieczki, stare murki graniczne, zielona trawa, stare drzewa, czasami rzeczka i oczywiście coraz więcej pozostałości po Murze. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zupełnie nie angielska pogoda. Z nieba lał się żar, który ustalił temperaturę na 27 stopni. Wróciliśmy opaleni jak z wczasów w Egipcie.

Niestety, im ciekawszy teren, tym gorsza infrastruktura. Koniec z pubami w wioseczkach, koniec z kempingami, a i sam szlak powoli przestawał być łatwy, zaś sami napotkani przez nas Brytyjczycy, u których zasięgaliśmy języka okazywali się zorientowani jak dzieci we mgle. Skutki tych niedogodności odczuliśmy jeszcze tego samego dnia. Po 30 kilometrach marszu dotarliśmy do polecanego nam 10 kilometrów wcześniej przez pracownicę muzeum „bardzo sympatycznego” kempingu, który okazał się być zamknięty od 6 lat z powodu śmierci właścicielki. Przy okazji radzimy: nie słuchajcie niezwykle życzliwych, a zarazem bezsensownych rad Brytyjczyków. Lepiej samemu wszystko przygotujcie zawczasu. Finał tego dnia zastaliśmy w hostelu w miejscowości Greenhead, który z zewnątrz robił wrażenie klimatycznego, w środku zaś był dość obleśny (17,50 funtów)

Kolejny dzień postanowił nas zabić. Od rana upał, choć miłosiernie zelżony miłymi powiewami wiatru, i góry. Dzień zaczęliśmy od Muzeum Armii Rzymskiej nieopodal Greenhead. Niewielkie, ale całkiem udane, nowoczesne, z multimedialnymi prezentacjami. Z ręką na sercu możemy polecić. Tam też od przygodnie spotkanej Angielki dowiedzieliśmy się, że warto zwiedzić pozostałości rzymskiego fortu i osady znanej kiedyś jako Vindolanda, oddalonej od muzeum około 20 km. Ruszyliśmy na szlak z planem zwiedzenia tego miejsca. Piekło niesamowicie, a my mozolnie człapaliśmy się w górę i w dół po angielskich górach, co przypominało ustawiczne wchodzenie i schodzenie na oba wierzchołki bieszczadzkiej Tarnicy. Cesarz Hadrian wymyślił niegdyś, że Mur ma biec górskimi wierzchołkami zatem i my tamtędy podążaliśmy mając Mur Hadriana w zasięgu ręki. Tam już można sobie trochę lepiej wyobrazić, jak potężne było to przedsięwzięcie budowlane. Trzeba też przyznać, że widoki rekompensowały nam mordercze nieco warunki tego dnia.

W końcu ledwo żywi dotarliśmy do Vindolandy, która miała być „fabulous”, „astonishing”, „stunning” i „beautiful”, a okazała się kompleksem średnio interesujących kamiennych murków, które mogłyby zrobić wrażenie na kimś, kto właśnie tam dowiedziałby się o istnieniu Imperium Rzymskiego. Do kompletu było jeszcze muzeum podobne do tego pod Greenhead oraz knajpka i sklepik. Ogólnie „disappointing”. Na domiar złego ciągle nie znaleźliśmy żadnego miejsca, gdzie można by było rozbić obóz. Skończyło się na tym, że dotarliśmy ostatkiem sił na parking, wyciągnęliśmy karimaty, rozłożyliśmy się pod murkiem i zasnęliśmy pod rozgwieżdżonym niebem.

Kolejny dzień to już właściwie uporczywa wędrówka, najczęściej szlakiem lub asfaltem, aby wreszcie dojść do celu. Skończyły się góry, skończył się Mur Hadriana. Jedyną przygodą było odnalezienie miejsca do spania. Po 33 kilometrach na nogach usłyszeliśmy w jednej z gospód na szlaku, o wiele mówiącej nazwie Robin Hood, że miejsce na namiot kosztuje 15 funtów i nie ma wody, ani prądu. Zdecydowanie odradzamy ten łupieżczy przybytek. Oczywiście nie skorzystaliśmy z tego zbójectwa więc musieliśmy dreptać jeszcze 3 kilometry do kempingu pełnego (ku naszemu bezgranicznemu zdumieniu) angielskich rodzin (6 funtów).

Ostatni dzień i ostatnie 28 kilometrów do Central Station w Newcastle to już tylko walka z samym sobą, aby na sam koniec nie rzucić wszystkiego w diabły. W końcu po przejściu 160 kilometrów (140 km szlaku plus nadkładanie drogi dla pobliskich atrakcji) w pięć i pół dnia zapakowaliśmy się w pociąg na lotnisko.

Piszę tę relację tydzień po powrocie, kiedy już ochłonąłem, doszedłem do siebie i kilkadziesiąt razy powiedziałem sobie „już nigdy więcej”. Przyznać trzeba, że była to ciężka i momentami bolesna wędrówka, ale w ostatecznym rozrachunku było warto. Wchłonąłem dużą dawkę eskapizmu, angielskiej wsi z sielskimi obrazkami, trochę rzymskich, starożytnych pamiątek i dużo walki z samym sobą, ale polecam i polecać będę. Może jednak się kiedyś skuszę na jeszcze jeden trekking…

A teraz kilka rad, gdyby przyszło wam do głowy odbycie Hadrian’s Trail:

– Zaplanujcie noclegi na szlaku. Infrastruktura jest iście marna, więc albo wiecie gdzie idziecie, albo śpicie pod chmurą.

– Zaopatrzcie się w dokładną mapę. Pod względem przygotowania szlaku, a w szczególności jego oznaczania (miejmy nadzieję, że to tylko Muru Hadriana dotyczy) Brytyjczycy siedzą na drzewach jeżeli porównać ich do Polaków czy Skandynawów.

– Nie pytajcie o radę Brytyjczyków. Wszyscy są przemili i szczerze chcą pomóc, ale najczęściej ich orientacja w terenie zamyka się w obrębie najbliższej farmy.

– Miejcie zawsze wodę przy sobie. Na Hadrian’s Trail nie znajdziecie źródełek dla jej uzupełnienia.

– Jeżeli nie macie ambicji przejść całego Hadrian’s Trail nie zaczynajcie od Bowness, tylko od Carlisle. Przez 25 km od wybrzeża nie ma po drodze zupełnie nic ciekawego, oprócz Burgh By Sands, czyli miejsca śmierci króla Edwarda I „Młota na Szkotów”, gdzie stoi jego monument. To ten sam osobnik, który wojował z Braveheartem Williamem Wallacem.

– Sprzęt trekkingowy (buty, kijki, kuchenka, paliwo, pojemniki na wodę, namiot itd.) obowiązkowy.

Mimo wszystko – Enjoy!

Komentarze: 18


18 comments on Hadrian’s Wall Path, Anglia – wzdłuż Wału Hadriana.

  1. Wow! Podziwiam Was. Piękna przygoda! Oczywiście z dziećmi nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, bo byłoby to ponad nasze siły, ale dzięki Twojemu wpisowi widzę jak wiele jeszcze czeka na nas pięknych miejsc do odwiedzenia.

    • Brytyjski humor i brytyjska flegma 😉 Nam do śmiechu trochę mniej było wtedy, ale teraz już traktujemy to w formie anegdotki 😀

  2. Jestem pod wrażeniem, uwielbiam takie podróże, świetne zdjęcia, ja podrózuję, ale po całej Polsce z malmautem, zwiedzamy od fortyfikacji nad morzem, po przepiękne szlaki górskie, świetny wpis, niesamowite przeżycia, życzę Wam kolejnym wspaniałych przygód 🙂 pozdrawiam serdecznie!

    • Jeżeli na trekking to polecamy całość, a jeżeli zwizytować mur to mniej więcej od miejscowości Greenhead na wschód 🙂

  3. To musiała być niesamowita podróż, niestety ja na taka już bym się nie pisała. Z wiekiem możliwości mniejsze.

  4. Naprawdę fajna wyprawa i ładne zdjęcia. Może kiedyś się tam wybiorę – prawda miejscowi mało wiedzą o tym co się dzieje w okolicy, bardziej skupieni są na swoim własnym podwórku. Mieszkam w Anglii i często łapię ich na tym,że dużo więcej wiem co się dzieje lokalnie niż oni sami