Prowansja i Lazurowe Wybrzeże – zostawisz tam serce.
  • 8 października 2016 13:35
  • 14

Naszą podróż po Prowansji i Lazurowym Wybrzeżu rozpoczęliśmy od Awinionu. Dla miłośników średniowiecza to punkt obowiązkowy. Na początek Pałac Papieży. Z zewnątrz imponujący, jednak w środku zbyt wiele do oglądania nie ma. Warto jednak posnuć się trochę komnatami, aby i od środka docenić pracę budowniczych, ale przede wszystkim rzucić okiem na salę z malowidłami naściennymi. Fantastyczny przykład tego rodzaju sztuki w wykonaniu zachodnioeuropejskim. Niestety, zdjęć nie można tam było robić.

Gdy już opuściliśmy Palais des Papes pokręciliśmy się trochę po średniowiecznych uliczkach i tak dotarliśmy do drugiego punktu obowiązkowego, czyli ruin Mostu Awiniońskiego na Rodanie – Pont Saint Benezet. Nie ma co wierzyć piosence – nie ma jak i nie ma po co tam tańczyć, ale zobaczyć warto. Jeszcze parę rzutów okiem na panoramę Rodanu z odbijającymi się w nim średniowiecznymi murami miejskimi i Palais des Papes i pojechaliśmy do Nimes. Jak się okazało, było i wcześnie, i gorąco i słonecznie, więc postanowiliśmy to wykorzystać na plażowanie w Le Grau du Roi na Plaży Artystów, potem jeszcze szybki rzut oka na Montpellier i do apartamentu.

Poranny plan udało się nam wypełnić właściwie w połowie, ale w tej lepszej. Zaczęliśmy od szybkiego zwiedzenia Nimes. Nie jest to miasto, które powali na kolana, ale jak już ktoś zabłąka się w okolicy, to warto się przejść niewielką starówką. Najciekawszym obiektem jest tam amfiteatr rzymski – bardzo pięknie zachowany, a wielkością odpowiadający mniej więcej teatrowi w Weronie. Takie kilka razy mniejsze Koloseum. Ciekawie prezentuje się też La Maison Carree. Nazwa kompletnie od czapy, bo jest to świątynia rzymska, ale we Francji wszystko musi być po francusku. Starówkę można obejść w kółko w 30 minut. A potem to już Prowansja na całego.

Zaczęliśmy od Carpentras (ciekawa miejscowość, ale ciut za hałaśliwa), a następnie dotarliśmy do Gordes – jeżeli ktoś planuje wycieczkę do Prowansji jest to pozycja obowiązkowa. Niesamowite średniowieczne miasteczko położone na skale, a widoki urywają łeb. Po małym pikniku pod Gordes z widokiem na pół Prowansji i skalne miasto pojechaliśmy do Roussillion. Jest to kolejne miasto na skale, o tyle dodatkowo interesujące, że siedzi na czerwonej ochrze, więc wygląda nieco z piekła rodem. Kolejne punkty wycieczki to Bonnieux i Lourmarin, wszystko położone w granicach Parku Narodowego Luberon, po którym dość gruntownie się pokręciliśmy, szukając ciekawych, a nie zadeptanych przez hordy Azjatów, prowansalskich perełek. Potem obłędnymi serpentynami zjechaliśmy wreszcie do autostrady na Marsylię.

Dwa dni w Prowansji pokazały, że jest to miejsce niesamowite i absolutnie obowiązkowe dla podróżników. Żona twierdzi, że podoba się jej tu bardziej niż w Hiszpanii. Z przerażeniem dochodzę do wniosku, że prawie przyznaję Jej rację. Gdyby jeszcze gadali tu po hiszpańsku albo przynajmniej po angielsku, to chyba bym Jej przyznał rację bez „prawie”.

Prowansja to nie tylko piękne krajobrazy i niezliczone zabytki, to także cudowne zapachy i smaki. To nie tylko zapach lawendy, który jest symbolem Prowansji, kwitnącej bujnie dookoła, tworzącej rozległe purpurowo-fioletowe dywany ani słynny anyżowy smak, który nie jednemu odebrał zdrowe zmysły czyli pastis. Mowa o wszystkich innych smakach jakie prowadzą nas przez Prowansję.

Trafiliśmy do świetnego miejsca – nie do centrum handlowego ani supermarketu, tylko na miejscowy targ. Ilość zapachów i smaków sprawiała, że chciało się tam zostawić każdą gotówkę byle wszystkiego spróbować. Z pewnością wielość i różnorodność zapachów i smaków na długo pozostanie w naszej pamięci. Poczynając od soczystych i zrumienionych słońcem Prowansji warzyw i owoców, przez różnorodne sery, owoce morza, chrupiące pieczywo, skończywszy na winach – królujących pod każdą postacią. Wino butelkowe to tutaj końcówka degustacji, wszystko zaczyna się od beczki z której strumieniami leje się chłodne, różowe wino, które już po pierwszym łyku przenosi nas na prowincję Francji, pozwalając delektować się wszystkim co otacza.

Aby spróbować prowansalskiej kuchni trafiliśmy do Arles. Na wieczorną kolację wybraliśmy wypełnioną po brzegi restaurację „Le Grillon” na starym mieście – był to bardzo dobry wybór. Zamówiliśmy makaron z przegrzebkami (skallopsy) i porem oraz burgera z wołowiną i jajkiem sadzonym. Burger bardzo przyzwoity, natomiast warto pozachwycać się nad makaronem. Był wyśmienity! Przegrzebki były w punkt, por chrupki, a makaron al dente. Całość była niesamowicie aromatyczna. Porcja była bardzo duża , dla mnie chyba za duża. Restauracje łącznie z obsługą oceniamy na plus i polecamy.

Następnego dnia po Arles przyszedł czas na ” sedno sprawy” – lazurowe wybrzeże w pełnej krasie czyli Saint Tropez! Już na plaży skusiliśmy się na pyszne mule w ziołach i czosnku z butelką różowego wina. Pobudzone kubki smakowe wieczorem również zaprowadziły nas na owoce morza. Trafiliśmy do klimatycznej restauracji przy samym porcie w St. Tropez. Trzeba przyznać, że restauracji jest tu mnóstwo i każda w jakiś sposób kusi do wejścia do środka. Zachęceni przez sympatycznego kelnera zamówiliśmy sałatkę z ośmiornicą i mule w białym winie. O mamo! Po raz kolejny znaleźliśmy się w raju. Mule były cudowne, najpyszniejsze jakie jedliśmy do tego ilość ich była ogromna – cała waza aromatycznych, soczystych mięczaków 🙂 do tego podano ziemniaki w łupinach zapiekane pod rozmarynem. Bardzo miły dodatek ale chyba zbędny bo mule i tak przyćmiły wszystko!

Nie można również nie wspomnieć o sałatce z ośmiornicą. Po pierwsze należy zaznaczyć, że była to ośmiornica z sałatką, a nie jak to czasem bywa – sałatka tylko stojąca obok ośmiornicy. Po drugie była świetnie przyrządzona a po trzecie dodatki ” sałatkowe” nie były wcale takie oczywiste. Ośmiornica była w towarzystwie fasolki szparagowej, grillowanych pomidorów i ziemniaczków w łupinach – całość komponowała się rewelacyjnie! było pysznie.. aaa i nie ma wątpliwości – wszystkie owoce morza to afrodyzjaki.

Saint Tropez to osobny stan umysłu w naszej podróży więc wpadliśmy tam również następnego dnia. Jest to trochę targowisko próżności, trochę kiczu i bufonady, ale generalnie jest to bardzo sympatyczne miejsce. Po uliczkach znanych z serii filmów z żandarmem przechadzają się ładni ludzie, fajnie wyglądający i ubrani, w porcie stoją wypasione jachty, jest też trochę niezłych wózków, ale nie mieliśmy wrażenia, że jest to miejsce zjedzone przez blichtr, wypas i nowobogackie chamstwo. Poszwędaliśmy się trochę po starówce, obejrzeliśmy port, zjedliśmy moule (znowu) i oczywiście zajrzeliśmy też na żandarmerię. Niestety, jest w remoncie – szykują duże muzeum Żandarma z St Tropez. Fotki zrobiliśmy przez płot.

Parę słów należy się posiadłości Mas du Rouge w miejscowości Plan de la Tour. Starsza pani z ciekawą historią (Niemka, która osiedliła na południu Francji) wynajmuje tam pokoiki, spartańsko urządzone, ale klimatyczne. Jednak najwspanialszą częścią tego miejsca był spory basen, który właściwie mieliśmy na własność. Do tego piękny widok na Saint Tropez ścielący się w dole (posiadłość leży na stromym wzniesieniu) i mieliśmy pełnię szczęścia.

Doszliśmy przy  do wniosku, że będziemy musieli zaplanować osobną podróż aby głębiej zbadać i odkryć Lazurowe Wybrzeże. Tym razem zrobiliśmy tylko rekonesans – zostawiliśmy Marsylię i Niceę, a zamiast tego postanowiliśmy złapać trochę lazurowego blichtru. Zaczęliśmy od Grasse – stolicy perfumiarstwa. Warto zobaczyć to miasto ulokowane na prowansalskich stromiznach, z ciekawą starówką z tajemniczymi zaułkami i rozpylaną wodną mgiełką z dodatkiem perfum. Grasse to naprawdę pachnące miasto. Niestety, nie odnaleźliśmy Jeana Baptiste Grenouille, ani placu gdzie odurzeni superperfumami bohatera powieści Patricka Suskinda uprawiali nieprzytomny seks. My zaś odurzeni zapachami postanowiliśmy odurzyć się highlifem w oddalonym o 20 km od Grasse Cannes.

Trochę byliśmy zaskoczeni Cannes widząc przyjemny nadmorski kurort, bez jakiegoś wielkiego zadęcia, choć z promenadą ekskluzywnych butików większości szanujących się marek. Przespacerowaliśmy się promenadą, popstrykaliśmy fotki i ruszyliśmy dalej. Omijając Niceę (będzie na kolejny wyjazd) przejechaliśmy wybrzeżem (robiącym w tych okolicach piorunujące wrażenie) do Monako. To już drugie po Andorze http://enjoye.pl/tours/andora-city-break-w-hobbitonie/ państewko na naszej drodze, które na pierwszy rzut oka rozmija się ze zdrowym rozsądkiem. O ile jednak katalońska dolina nas zachwyciła, tak monakijska góra nas przytłoczyła. Strzelające w górę gigantyczne budynki-blokowiska i inne nieruchomości o absurdalnie wysokich cenach powodują klaustrofobiczne wrażenie.

Przejechaliśmy gruntownie Monte Carlo, obejrzeliśmy wszelkie obłędnie drogie cuda tego miejsca, naliczyliśmy więcej Ferrari, Maserati i Lamborghini niż dotychczas oboje w życiu widzieliśmy i opuściliśmy to miejsce „seksu, hazardu i brudnych pieniędzy” kończąc naszą eskapadę w spokojnym, cichym i bardzo uroczym Beaulieu Sur Mer.

Południe Francji spokojnie możemy nazwać naszym miejscem na Ziemi. Widoki, klimat, jedzenie, zapachy… właściwie wszystko tam nam pasowało. Wrócimy, na pewno wrócimy, a Was namawiamy do odwiedzenia.

Komentarze: 14


14 comments on Prowansja i Lazurowe Wybrzeże – zostawisz tam serce.

  1. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem od czego zacząć. Od wąskich uliczek i pięknych widoków w Prowancji, czy jedzenia mięczaków i innych pysznie brzmiących potraw? Europa dla mnie niestety jest jeszcze niezbadana. Może w końcu się przełamię i uda mi się pojechać „gdzieś bliżej”. Szczególnie, że pogoda ostatnio nie rozpieszcza, a na zdjęciach – upały 😉

  2. Zwiedziłam Lazurowe Wybrzeże, przepiękny region. Avignon był moim marzeniem. Pałac papieży mnie zaczarował. Wspaniały post. Myślę, że spokojnie można to było „rozbić” na kilka artykułów bo ogromna ilość miejsc i atrakcji została opisana.

  3. O Prowansji i Lazurowym wybrzeżu można bardzo wiele napisać. Właściwie w nieskończoność niemalże, ale oczywiście żaden opis nie odda tego, co można tam doświadczyć. Jedźcie zatem i doświadczajcie 🙂 Polecamy 🙂

  4. Wino we Francji to punkt obowiązkowy! A to miejsce, w którycm byliście to jedno z ważnych regionów winiarskich. Nie ma nic lepszego jak wino degustowane w miejscu, gdzie powstało.

    • Racja! Mieliśmy trochę utrudnione zadanie z uwagi na podróżowanie samochodem, ale jeszcze nadrobimy Francję enoturystycznie 🙂

  5. Potwierdzam! Południe Francji to raj na Ziemi, moi faworyci to Nikt, Eze, Antibes i Nicea. Cudowne miejsce, gdzie rzeczywiście zostawiłam cząstkę siebie 🙂

  6. Przepiękne widoki. Nie przepadam za owocami morza, ale na Wasz opis, zaczęłam ślinić się do ekranu 😉